Medvědín i Panczawski Wodospad w śnieżycy

przez Asia
311 wyświetleń

Spis treści.

W tym roku śnieg nam trochę nie dopisał. We Wrocławiu nie było jak dotąd ani grama. Dziwną mamy zimę w tym roku. Dlatego dzisiaj opowieść z naszej poprzedniej majówki. Tak, w zeszłym roku widzieliśmy śnieg nawet w maju, kiedy to wybraliśmy się po czeskich Karkonoszach – szlakiem spod kolejki Medvědín do Panczawskiego Wodospadu.

Może trudno w to teraz uwierzyć, ale tak było. Co prawda było to pewnego razu w górach, ale jednak trochę tego śniegu doświadczyliśmy w ubiegłym roku.

Tych, którzy chcą się zapoznać z relacją z naszego pierwszego dnia przemierzania karkonoskich szlaków w ramach ubiegłorocznej majówki, odsyłam tutaj.

Tymczasem, po poprzednim, bardzo aktywnym dniu, kiedy to przeszliśmy w śniegu 19,4 km, postanowiliśmy kolejnego dnia zafundować sobie nieco mniej wymagającą wędrówkę.

Karta GoPass na wyciąg na Medvědín.

W hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, otrzymaliśmy kartę GoPass, dzięki której mogliśmy wjechać i zjechać raz dziennie wyciągiem. Ciekawa alternatywa, tym bardziej, że za wjazd i zjazd nie płaciliśmy ani korony.

W tamtym czasie jedynym wyciągiem, który był uruchomiony w Szpindlerowym Młynie, był ten na Medvědín. Dlatego też zaplanowaliśmy, że wjedziemy wyciągiem na Medvědín i stamtąd powędrujemy, gdzie nas oczy poniosą.

Ten dzień okazał się faktycznie mniej aktywny jak na nasze wędrówki po górach, gdyż przeszliśmy zaledwie niecałe 10 km od stacji Medvědín i z powrotem do niej.

Tym razem warunki pogodowe na tyle utrudniały nam wędrówkę, że postanowiliśmy wrócić wcześniej do hotelu.

Szlak Medvědín - Pańczawski Wodospad (Pančavský vodopád).

Długość, czas przejścia, nachylenie.

Długość trasy z Medvědína na Pańczawski Wodospad: 9,9 km.

Szacowany czas przejścia: 3:10.

Mapkę i profil nachylenia znajdziesz zaś poniżej.

Trasa z Medvědína po wjeździe wyciągiem.

Wjechaliśmy zatem wyciągiem na górę. Śnieg leżał jeszcze w wyższych partiach, więc znowu trzeba było się z nim zmierzyć.

Na początku wędrowaliśmy po drewnianych kładkach wyznaczających czerwony szlak od Medvědína w stronę schroniska Vrbatova bouda. Te kładki bardzo się zresztą przydają, gdy po obu ich stronach zalega śnieg i woda z topniejącego powoli śniegu.

Szlak wchodzi następnie w las, w którym leżało już więcej śniegu. Było też już bardziej ślisko. Szlak wyznaczony był jedynie przez wydeptane ślady na śniegu.

W końcu wyszliśmy z lasu. Szlak biegnie dalej tak naprawdę po wąskiej, górskiej, asfaltowej szosie, która wówczas była przykryta metrową warstwą śniegu. Byliśmy dzięki temu nieco wyżej niż w takich zupełnie bez śniegowych warunkach i dzięki temu mogliśmy podziwiać widoki ze szlaku z nieco wyższej perspektywy.

Asfaltowa droga biegnie aż do Vrbatovej boudy, pod którą zawraca także autobus. Do Vrbatovej boudy jeździ bowiem od maja do października autobus liniowy z Horní Mísečky (dokładniej spod schroniska Jilemnická bouda). Z oczywistych względów jedynie wtedy, gdy szosa nie jest zasypana śniegiem, jak to było na początku maja.

Po dotarciu do Vrbatovej boudy trochę się w niej ogrzaliśmy, bo pogoda nas nie rozpieszczała.

Muszę zapamiętać, aby nigdy przenigdy nie kupować w czeskim schronisku wynalazku do picia zwanego „Horké jablko” (tłum. Gorące jabłko). W smaku przypomina jabłkową przesłodzoną po stokroć oranżadę. Zdecydowanie nie zostałam fanką tego napoju.

Panczawski wodospad (Pančavský vodopád).

Po krótkim odpoczynku i potraktowaniu moich kubków smakowych paskudnym gorącym jabłkiem, wyruszyliśmy dalej w stronę Panczawskiego Wodospadu (Pančavský vodopád).

Sam wodospad zachwyca szczególnie wówczas, gdy nie ma już śniegu. Na pewno popełnię w przyszłości o tym jakiś wpis na blogu. Tym razem jednak chcieliśmy się przekonać, jak to wygląda w warunkach bardziej zimowych. W sumie mieliśmy już wiosnę, bo maj to wszak pełnia wiosny, ale jakoś nie było tego widać w ubiegłym roku w Karkonoszach.

Otóż wodospad można było bardziej usłyszeć, niż zobaczyć, bo miejsce, z którego wypływał, było całkowicie przykryte śniegiem. Strach było chodzić po tym miejscu, bo nie wiadomo było, czy noga nie wpadnie nam wprost do lodowatego wodospadu. A to nie byłoby na pewno przyjemne uczucie.

Nad samą krawędzią wodospadu zgromadziła się grupka ludzi, chcących podziwiać widoki z krawędzi.

Sam wodospad wije się bowiem pięknie niżej, tworząc zakręcone, naprawdę malownicze meandry. Nie jestem jednak pewna, czy było cokolwiek widać w taką pogodę i ze śniegiem w dole.

Niektórzy ze stojących na krawędzi odważnie ściągnęli nawet kurtki. Wszystko po to, aby zrobić sobie zdjęcie na Instagram czy inne social media. Może kolor kurtki nie pasował do wodospadu, nie wiem. Myślę jednak, że zdjęcie w pozycji lecącej w dół z krawędzi wodospadu byłoby większym hitem Internetu😁.

W każdym razie stwierdziliśmy, że nie będziemy aż tak ryzykować i zrobiliśmy sobie zdjęcie trochę dalej od samego wodospadu.

Sama widoczność stawała się też coraz słabsza i zaczęło już naprawdę mocno sypać.

Poniżej zobaczysz nagranie z tego miejsca. Od razu ostrzegam – trochę wiało.

Śniegowa pustynia i powrót do Medvědína.

Trzeba było się więc zbierać i wracać. Tylko najpierw musieliśmy przemierzyć śniegową pustynię z powrotem do wyciągu w Medvědínie.

Trochę nam ten powrót zajął. W końcu jednak znaleźliśmy się na szlaku tuż przed wyciągiem. Nie powiem, zimno było już nam straszliwie. Jakbym miała coś jeszcze przy sobie do ubrania, to bym na pewno ubrała😃.

Potem czekał nas już tylko szybki zjazd wyciągiem i gorąca herbata w hotelu.

Podobało się? Zainspirowałam?

Zostań proszę na dłużej - obserwuj mój profil na Facebooku. Będzie mi również bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie jakiś ślad na blogu :-).

Skomentuj

Spodoba Ci się także

Cześć! Używam ciasteczek, by strona działała sprawnie. Więcej o tym w Polityce prywatności. Lubię ciastka, zgadzam się.

Zaglądaj częściej, polub bloga!