Śnieżnik z Kletna – 8 miejsc na trasie, które warto zobaczyć

przez Asia
15 wyświetleń

Spis treści.

Wycieczkę na Śnieżnik z Kletna zaplanowałam przy okazji mojej kolejnej wizyty w Jaskini Niedźwiedziej. Ostatnio na blogu pojawił się wpis właśnie o Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie, którą,  przez moje małe fotograficzne niedopatrzenie, odwiedziłam dwa razy w całkiem niedługim czasie. Jeśli planujecie jej zwiedzanie, zajrzyjcie również do wpisu o Jaskini Niedźwiedziej, w którym zebrałam wszystkie praktyczne informacje dotyczące wizyty.

Za pierwszym razem zapomniałam bowiem o zakupie licencji na fotografowanie. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo planując powrót do jaskini, postanowiłam tym razem pójść nieco dalej i połączyć obie atrakcje w ramach jednej wycieczki.

Korzystając z odrobiny wolności, bo mąż wybrał się z synem na męski wypad, po zwiedzaniu Jaskini Niedźwiedziej ruszyłam więc sama z Kletna na Śnieżnik. Uznałam, że trasa na szczyt może być jeszcze trochę za długa i wymagająca dla naszego 5-latka, a dla mnie była to idealna okazja, żeby przy okazji powrotu do jaskini wybrać się na nieco dłuższą górską wędrówkę… i odpocząć na łonie natury.

Tym właśnie sposobem byłam podwójnie zadowolona: zdjęcia w Jaskini Niedźwiedziej zrobione, Śnieżnik zdobyty, a po drodze jeszcze całe mnóstwo pięknych górskich widoków.

Choć właściwie… zadowolona byłam potrójnie. Wycieczka na Śnieżnik pozwoliła mi bowiem uciec od niemal 40-stopniowych upałów, które akurat wtedy dawały się we znaki we Wrocławiu. Na górskim szlaku temperatura była zdecydowanie bardziej przyjazna.

Tak więc zamiast dwóch pieczeni na jednym ogniu wyszły mi aż trzy. Chyba trudno było lepiej wykorzystać ten dzień.

Śnieżnik z Kletna – informacje praktyczne

Poniżej znajdziecie garść przydatnych informacji, które warto znać przed zaplanowaniem wycieczki na Śnieżnik i w jego najbliższe okolice.

Śnieżnik należy do Korony Gór Polski, więc dla osób kompletujących jej 28 szczytów jest jednym z obowiązkowych punktów na mapie. Jeśli zdobywacie kolejne szczyty KGP, na blogu znajdziecie także trasy na Szczeliniec Wielki w Górach Stołowych oraz Śnieżkę – najwyższy szczyt Karkonoszy.

Trasa na Śnieżnik prowadzi przez Śnieżnicki Park Krajobrazowy, obejmujący jedne z najciekawszych krajobrazowo terenów tej części Sudetów. Masyw Śnieżnika jest drugim po Karkonoszach pod względem wysokości pasmem górskim w polskich Sudetach, a jego najwyższym punktem jest właśnie Śnieżnik.

Którędy wejść na Śnieżnik?

Na Śnieżnik prowadzi kilka szlaków, dlatego wycieczkę można zaplanować na różne sposoby. Dwa popularne punkty startowe po polskiej stronie to Kletno i Międzygórze. Wybór zależy przede wszystkim od tego, z czym chcecie połączyć wycieczkę i jak długą trasę planujecie.

Śnieżnik z Międzygórza

Popularną alternatywą dla wejścia z Kletna jest szlak na Śnieżnik z Międzygórza. Trasa jest nieco dłuższa, ale samo Międzygórze stanowi świetny punkt wyjścia na całodniową górską wycieczkę. Jednym z klasycznych wariantów jest czerwony szlak prowadzący na Halę pod Śnieżnikiem i do Schroniska PTTK „Na Śnieżniku”, a następnie zielony szlak na sam szczyt. Z Międzygórza można wybrać również inne warianty i zaplanować trasę tak, aby nie wracać dokładnie tą samą drogą.

Jeśli zależy Wam przede wszystkim na górskiej wędrówce i macie na nią cały dzień, warto więc rozważyć start właśnie z Międzygórza. Kletno oferuje krótsze podejście, a dodatkowo pozwala bardzo wygodnie połączyć wejście na Śnieżnik ze zwiedzaniem Jaskini Niedźwiedziej – i właśnie dlatego tym razem wybrałam ten wariant.

Śnieżnik z Kletna – moja trasa

Na Śnieżnik z Kletna zdecydowałam się przede wszystkim dlatego, że tego samego dnia zwiedzałam Jaskinię Niedźwiedzią. Po wyjściu z jaskini nie wróciłam więc na parking, ale ruszyłam dalej w kierunku Przełęczy Śnieżnickiej, a następnie Hali pod Śnieżnikiem i znajdującego się na niej Schroniska PTTK „Na Śnieżniku”.

Ze schroniska ruszyłam dalej na szczyt Śnieżnika i znajdującą się na nim wieżę widokową. Na tym jednak moja wycieczka się nie skończyła. Skoro już dotarłam tak wysoko, postanowiłam zajrzeć jeszcze na czeską stronę Śnieżnika.

Zeszłam więc w kierunku Pramen Moravy, czyli źródła Morawy, a następnie dotarłam do chyba najbardziej sympatycznego mieszkańca Śnieżnika – kamiennego Słonika. Tuż obok znajdują się również pozostałości dawnego Schroniska księcia Liechtensteina na Śnieżniku.

Dopiero po zobaczeniu tych miejsc rozpoczęłam drogę powrotną do Kletna.

Poniżej możecie zobaczyć dokładny przebieg mojej trasy:

Z Kletna na Śnieżnik – ruszamy na szlak

Z Kletna do Jaskini Niedźwiedziej – po drodze też jest co zobaczyć

Zanim zaczniemy właściwe podejście na Śnieżnik, trzeba najpierw dostać się z parkingu w Kletnie w okolice Jaskini Niedźwiedziej. Ten fragment trasy jest łatwy i prowadzi wygodną, asfaltową drogą przez Dolinę Kleśnicy. Warto jednak nie traktować go wyłącznie jako dojścia do jaskini, bo po drodze czeka kilka ciekawych miejsc.

Jednym z nich jest niewielka Kaplica św. Bernarda, stojąca tuż przy drodze. Jej lokalizacja jest całkiem nieprzypadkowa – św. Bernard z Menthon uznawany jest za patrona alpinistów, turystów górskich i ludzi przemierzających górskie szlaki. Trudno więc o bardziej odpowiedniego patrona w takim miejscu.

Kawałek dalej można zatrzymać się przy Źródle Marianna. Tutaj kryje się ciekawa historia, bo źródło nie jest naturalnym wypływem w takim znaczeniu, jak można byłoby przypuszczać. Woda wydostaje się samoczynnie z odwiertu o głębokości 120 metrów, wykonanego w 1955 roku podczas poszukiwań złóż fluorytu.

Woda ma temperaturę około 6,5°C i jest słabo zmineralizowana. Jeszcze ciekawsze jest jednak to, że według informacji umieszczonych przy źródle jej podziemna wędrówka trwa około 5–7 lat. Dopiero po takim czasie ponownie pojawia się na powierzchni. Można więc powiedzieć, że łyk wody ze Źródła Marianna ma za sobą całkiem długą podróż.

Sama Dolina Kleśnicy również skrywa ciekawą przeszłość. Dzisiaj kojarzy się przede wszystkim z Jaskinią Niedźwiedzią i piękną przyrodą, ale przez stulecia prowadzono tutaj działalność górniczą. Już od XIV wieku wydobywano w okolicy rudy żelaza, a później także marmur. Właśnie eksploatacja tutejszych złóż doprowadziła do jednego z najważniejszych odkryć w historii Kletna – w 1966 roku podczas prac w kamieniołomie przypadkowo natrafiono na Jaskinię Niedźwiedzią.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o samej jaskini, jej odkryciu, zwiedzaniu i niezwykłych formach naciekowych, zajrzyjcie do mojego osobnego przewodnika po Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie.

Po zwiedzaniu jaskini większość odwiedzających zawraca w stronę parkingu. Ja jednak tym razem, zamiast wracać, ruszam dalej. To właśnie za Jaskinią Niedźwiedzią zaczęła się dla mnie właściwa wędrówka z Kletna na Śnieżnik.

Z Jaskini Niedźwiedziej w stronę Śnieżnika

Po wyjściu z Jaskini Niedźwiedziej nie ruszyłam znaną mi już drogą w dół, w stronę parkingu. Zamiast tego skierowałam się dalej żółtym szlakiem w stronę Śnieżnika

Początkowo trasa prowadzi przez las i niemal niezauważalnie pnie się w górę. Tego dnia leśny odcinek miał dla mnie jeszcze jedną ogromną zaletę – zapewniał upragniony cień. Podczas gdy we Wrocławiu panowały niemal 40-stopniowe upały, tutaj temperatura była zdecydowanie bardziej przyjazna i można było naprawdę cieszyć się wędrówką. Nie oznaczało to jednak, że było zimno – co to, to nie. Zwłaszcza że z każdym kolejnym odcinkiem szlak robił się coraz bardziej wymagający.

W pewnym momencie wygodna leśna droga ustępuje miejsca znacznie bardziej kamienistemu fragmentowi. Szlak prowadzi tutaj przez spore gruzowisko, a podejście staje się wyraźnie bardziej strome i męczące. To właśnie ten odcinek miałam na myśli, pisząc wcześniej, że trasa absolutnie nie nadaje się na wózek.

Jeśli dodamy do tego letnie temperatury, możecie sobie wyobrazić, że zapas wody naprawdę się tutaj przydał. Na całą wędrówkę zabrałam ze sobą 3,5 litra wody, a później uzupełniałam jeszcze zapas w schronisku. Wypiłam wszystko – i jeszcze więcej. Jeśli więc wybieracie się na Śnieżnik latem, zwłaszcza w upalny dzień, zdecydowanie nie oszczędzajcie miejsca w plecaku na wodę.

Samo gruzowisko nie jest jednak trudne technicznie. Trzeba po prostu uważniej stawiać stopy i przygotować się na trochę bardziej „górskie” warunki. Zdecydowanie przydadzą się tutaj wygodne buty z dobrą podeszwą, których przy okazji nie będzie Wam szkoda na kamienistym podłożu.

Po pokonaniu tego fragmentu można na chwilę odetchnąć. Przy szlaku znajdują się ławki, na których warto odpocząć, napić się i posilić przed dalszą drogą.

Przełęcz Śnieżnicka i Kapliczka Czterech Patronów

Następnie trasa prowadzi w kierunku Przełęczy Śnieżnickiej, a później na Halę pod Śnieżnikiem. Nadal konsekwentnie pnie się w górę, ale podejście nie jest już tak intensywne jak na gruzowisku. Droga staje się też znacznie szersza i wygodniejsza – na tyle, że ten odcinek można pokonać nawet na rowerze, o czym najlepiej świadczyło kilkoro rowerzystów, którzy minęli mnie po drodze.

Na Przełęczy Śnieżnickiej warto zwrócić uwagę na stojącą przy szlaku Kapliczkę Czterech Patronów. Ustawiono ją w 2015 roku z okazji 70-lecia administracji Lasów Państwowych na Dolnym Śląsku. Na czterech ścianach kapliczki umieszczono wizerunki św. Franciszka z Asyżu, św. Jana Gwalberta, św. Eustachego i św. Huberta – patronów związanych z przyrodą, lasem i leśnikami. To niewielki obiekt, który łatwo minąć, skupiając się na dalszej drodze, dlatego warto wiedzieć wcześniej, czego wypatrywać.

Od miejsca z ławkami jest za to nieco mniej cienia niż na wcześniejszych, bardziej zalesionych odcinkach szlaku. Na szczęście drzewa rosnące wzdłuż drogi od czasu do czasu rzucają na nią większe plamy cienia, w których można choć na chwilę odpocząć od słońca. Przy panujących tego dnia temperaturach każda taka zacieniona enklawa była na wagę złota.

Aż w końcu pomiędzy drzewami pojawia się kolejny ważny punkt tej wycieczki – Schronisko PTTK „Na Śnieżniku”. To dobre miejsce, żeby zrobić sobie przerwę przed dalszą drogą, coś zjeść, uzupełnić zapas wody lub po prostu na chwilę odpocząć.

Ze schroniska na szczyt Śnieżnika

Warto z tej okazji skorzystać, bo choć ze schroniska szczyt wydaje się już naprawdę blisko, do pokonania pozostało jeszcze trochę wysokości. Zmienia się również charakter trasy. Początkowo przechodzimy jeszcze przez las, ale wraz z nabieraniem wysokości drzewa stopniowo się przerzedzają, aż w końcu zostawiamy je za sobą.

W okolicach szczytu pojawia się za to kosodrzewina, która wygląda tutaj jak zupełnie naturalny element górskiego krajobrazu. Tymczasem została sztucznie wprowadzona na Śnieżnik ponad 100 lat temu. Dzisiaj tak dobrze wpisała się w krajobraz, że bez tej wiedzy trudno byłoby się domyślić, że nie rosła tu od zawsze.

Im wyżej, tym mniej jest jednak miejsc, w których można schronić się przed słońcem. Na ostatnim odcinku podejścia, na samym szczycie Śnieżnika, a także po czeskiej stronie trzeba liczyć się z pełną ekspozycją na słońce. Latem nakrycie głowy, krem z wysokim filtrem i odpowiedni zapas wody zdecydowanie się więc przydadzą.

Z drugiej strony z pomocą często przychodzi tutaj wiatr – na Śnieżniku potrafi naprawdę nieźle wiać. Wiatr nie jest zresztą tutaj niczym niezwykłym, bo klimat Śnieżnika jest wyraźnie surowszy niż w sąsiednich pasmach górskich. Średnia roczna temperatura na szczycie wynosi zaledwie około 1,4°C, a pokrywa śnieżna może utrzymywać się nawet przez około 200 dni w roku. Co ciekawe, na samym szczycie śniegu bywa mniej, niż można byłoby się spodziewać – silny wiatr po prostu go wywiewa.

Warunki na górze mogą więc mocno różnić się od tych, które zastaniemy na dole. Tego dnia trafiłam akurat na zupełnie inną wersję Śnieżnika – pełną słońca, ale również mocno wietrzną. Przy panującym tego dnia upale ten wiatr okazał się później całkiem przyjemnym towarzyszem.

Wraz z nabieraniem wysokości zaczynają się za to otwierać coraz szersze widoki. I właśnie wtedy robi się naprawdę pięknie. Panorama staje się coraz bardziej rozległa i szybko wynagradza wysiłek włożony w podejście.

A na samym szczycie czeka nie tylko charakterystyczna dziś dla Śnieżnika wieża widokowa. Dla mnie nie był to bowiem jeszcze koniec wycieczki – po zdobyciu szczytu postanowiłam przekroczyć polsko-czeską granicę i odnaleźć źródło Morawy, kamiennego Słonika oraz pozostałości dawnego Schroniska księcia Liechtensteina.

Wieża widokowa na Śnieżniku – nie pierwsza w tym miejscu

Dzisiejsza wieża widokowa na Śnieżniku nie jest pierwszą budowlą tego typu, która stanęła na szczycie. Jej poprzedniczką była okazała kamienna wieża wzniesiona w latach 1895–1899. Przypominała dwie połączone ze sobą baszty i przez dziesięciolecia była jednym z najbardziej charakterystycznych obiektów na Śnieżniku.

Niestety surowy klimat panujący na szczycie, brak odpowiedniej konserwacji oraz postępująca dewastacja sprawiły, że stan budowli stopniowo się pogarszał. Mimo przeprowadzonych wcześniej prac zabezpieczających wejście na wieżę z czasem zaczęto uważać za niebezpieczne. Ostatecznie w 1973 roku zdecydowano o jej rozbiórce w dość spektakularny sposób – 11 października wieżę wysadzili wojskowi saperzy. Co ciekawe, pierwsza detonacja nie wystarczyła i kamienna konstrukcja runęła dopiero po zastosowaniu mocniejszych ładunków.

Na kolejną wieżę Śnieżnik musiał czekać niemal pół wieku. Obecna, nowoczesna konstrukcja została oddana do użytku dopiero w 2022 roku. Wykonano ją m.in. ze stali, szkła i betonu, a jej forma jedynie luźno nawiązuje do poprzedniczki.

Ślady dawnej wieży nie zniknęły jednak całkowicie. Na szczycie wciąż można zobaczyć kamienne pozostałości starej konstrukcji. Początkowo można potraktować je po prostu jako kolejną pamiątkę po dawnej budowli, ale okazuje się, że przez kilkadziesiąt lat natura zdążyła zrobić tutaj swoje.

Kamienie porosły mchami i porostami, a całe rumowisko stało się niewielkim, ale cennym siedliskiem dla roślin i zwierząt. Jak można przeczytać na znajdującej się przy wieży tablicy informacyjnej, pojawiły się tutaj również rzadkie i chronione gatunki roślin. Mało tego – pomiędzy kamieniami dawnej wieży znaleziono nawet zimującego nietoperza.

Dlatego pozostałości poprzedniej konstrukcji nie są dzisiaj po prostu stertą niepotrzebnych kamieni. To jednocześnie pamiątka po dawnej wieży i fragment górskiego ekosystemu. Warto więc na chwilę oderwać wzrok od nowej konstrukcji i spojrzeć również pod nogi – szczególnie na kolorowe porosty pokrywające stare kamienie.

A sama nowa wieża? Można dyskutować o jej dość charakterystycznej architekturze, ale jedno trzeba jej przyznać – widoki z góry są naprawdę imponujące. Wieża ma 34 metry wysokości, a żeby dostać się na położony na wysokości około 30 metrów taras widokowy, trzeba pokonać ponad 200 schodów.

Samo wejście również dostarczyło mi pewnych wrażeń. Wiatr wpadający do wnętrza konstrukcji powodował charakterystyczny pogłos, który towarzyszył mi podczas wchodzenia na górę. Na tarasie wieża dodatkowo lekko skrzypiała w rytm wiatru. Brzmiało to może nieco niepokojąco, ale sama konstrukcja stała stabilnie.

Po pokonaniu ponad 200 stopni pozostaje już tylko wyjść na taras widokowy. A tam można przekonać się, że cały trud wejścia na Śnieżnik – i późniejszej wspinaczki na samą wieżę – zdecydowanie się opłacił.

Widoki z wieży na Śnieżniku

Po wejściu na taras widokowy szybko można zapomnieć zarówno o ponad 200 schodach, jak i o skrzypieniu konstrukcji na wietrze. Panorama ze Śnieżnika jest naprawdę imponująca i przy dobrej pogodzie sięga daleko poza sam Masyw Śnieżnika.

Szczególnie spodobał mi się widok na czeską stronę. Z góry świetnie widać rozciągające się po drugiej stronie granicy pasma górskie, a przy dobrej widoczności wzrok sięga aż po Wysoki Jesionik i charakterystyczny Pradziad (Praděd). Dzięki znajdującej się na jego szczycie wieży trudno pomylić go z innymi wzniesieniami.

Zresztą możliwości dalekich obserwacji ze Śnieżnika są naprawdę imponujące. Bezleśna kopuła szczytowa już sama w sobie jest świetnym punktem widokowym, a taras położony około 30 metrów wyżej pozwala objąć wzrokiem znacznie większy obszar. Z wieży rozciąga się panorama polskich i czeskich Sudetów, a po polskiej stronie można wypatrzyć między innymi Kotlinę Kłodzką i kolejne pasma Sudetów. Przy wyjątkowo dobrej przejrzystości powietrza widoczność potrafi sięgać naprawdę daleko.

Mnie jednak najbardziej przyciągała właśnie czeska strona Śnieżnika. Jak się za chwilę okazało, nie zamierzałam poprzestać na oglądaniu jej z wysokości wieży. Po zejściu na ziemię ruszyłam bowiem przez granicę, żeby zobaczyć źródło Morawy, kamiennego Słonika oraz pozostałości dawnego Schroniska księcia Liechtensteina.

Czeska strona Śnieżnika – co warto zobaczyć?

Na czeską stronę zdecydowanie warto zarezerwować trochę dodatkowego czasu. Wszystkie trzy miejsca, które chciałam zobaczyć, znajdują się stosunkowo blisko szczytu, więc nie trzeba planować kolejnej długiej wędrówki. To raczej niewielkie przedłużenie wycieczki, które pozwala zobaczyć zupełnie inną stronę Śnieżnika.

Pramen Moravy – źródło Morawy

Najpierw ruszyłam w stronę źródła Morawy. Znajduje się ono na południowym zboczu Śnieżnika, na wysokości około 1380 m n.p.m. To właśnie tutaj swój początek ma rzeka, która przez kolejne około 335 kilometrów płynie na południe, by ostatecznie połączyć się z Dunajem w okolicach Devína.

Dzisiaj źródło ma formę niewielkiej kamiennej studzienki, co – nie ukrywam – trochę mnie zaskoczyło. Wyobrażałam sobie to miejsce nieco inaczej, bardziej na wzór Pramen Labe, czyli źródła Łaby w Karkonoszach, które miałam okazję zobaczyć kilka lat temu. Tam początek jednej z największych europejskich rzek jest znacznie bardziej wyeksponowany. Pramen Moravy jest przy nim zdecydowanie bardziej niepozorny.

To niewielkie źródło ma jednak znaczenie nie tylko geograficzne. To właśnie Morawa dała nazwę całej krainie – Morawom – oraz jej mieszkańcom, Morawianom. Niewielki strumień wypływający ze zbocza Śnieżnika stał się więc źródłem nazwy jednego z historycznych regionów Czech.

Co ciekawe, źródło w formie zbliżonej do obecnej zostało zagospodarowane już pod koniec XIX wieku, a wypływająca z niego woda była wykorzystywana również podczas budowy dawnej kamiennej wieży widokowej na Śnieżniku.

Trudno uwierzyć, patrząc na to niepozorne źródełko wypływające spomiędzy kamieni, że właśnie tutaj zaczyna się rzeka, która kilkaset kilometrów dalej niesie już ogromne ilości wody.

Słonik na Śnieżniku – skąd się tutaj wziął?

Niedaleko źródła Morawy czeka chyba najbardziej sympatyczna atrakcja czeskiej części Śnieżnika – kamienny Słonik (Slůně). Na pierwszy rzut oka to po prostu niewielka granitowa figurka stojąca pośród górskiego krajobrazu. Kryje się za nią jednak całkiem ciekawa historia.

Granitowa rzeźba stoi tutaj od 1932 roku. Powstała z inicjatywy niemieckiej grupy artystycznej Jescher, która spotykała się w pobliskim Schronisku księcia Liechtensteina. Autorką projektu była Amei Halleger, a samą rzeźbę wykonała firma kamieniarska ze Zlatých Hor.

Schroniska już dawno nie ma, Słonik natomiast przetrwał i z czasem stał się nieoficjalnym symbolem Králickiego Sněžníka. Trzeba przyznać, że trudno przejść obok niego bez zrobienia przynajmniej jednego zdjęcia. Pośród surowego, górskiego krajobrazu granitowy słoń wygląda dość nieoczekiwanie i chyba właśnie dlatego tak łatwo go zapamiętać.

Pozostałości Schroniska księcia Liechtensteina

Tuż obok Słonika można dostrzec pozostałości kolejnego fragmentu historii Śnieżnika. To właśnie tutaj stało niegdyś Schronisko księcia Liechtensteina (Lichtenštejnova chata), wybudowane przez Morawsko-Śląskie Sudeckie Towarzystwo Górskie i oddane do użytku w 1912 roku. Nazwę otrzymało na cześć księcia Jana II Liechtensteina, do którego należały tutejsze tereny.

Początki schroniska nie były łatwe. Jak można przeczytać na znajdującej się tutaj tablicy informacyjnej, budowa kosztowała znacznie więcej, niż pierwotnie zakładano, a zaledwie dwa lata po otwarciu wybuchła I wojna światowa. W jej trakcie obiekt został splądrowany i dopiero w 1919 roku ponownie zaczął przyjmować turystów.

Najciekawszy okres w historii schroniska rozpoczął się jednak w 1922 roku, kiedy jego prowadzenie przejęli Oskar i Adéla Gutwinscy. Małżeństwo zmodernizowało obiekt i przekształciło go w popularny górski hotel. Wewnątrz znajdowało się 14 dobrze wyposażonych pokoi z około 40 łóżkami, duża sala restauracyjna, a na poddaszu dodatkowe miejsca noclegowe na materacach.

Sam Oskar Gutwinski musiał być zresztą niezwykle barwną postacią. Był pionierem narciarstwa, organizował zawody i kursy narciarskie, zajmował się botaniką i prowadził obserwacje meteorologiczne. Według znajdującej się tutaj tablicy trzymał nawet krowy i bernardyny. Do tego przyjaźnił się z artystami, którzy chętnie spotykali się w schronisku. Podobno pod jego dachem dobrze czuli się wszyscy – Czesi, Niemcy i Polacy.

Z czasami świetności schroniska wiąże się również stojący nieopodal Słonik, o którym pisałam wyżej. Powstał właśnie w okresie, gdy schronisko prowadzone przez Gutwińskich było ważnym miejscem spotkań turystów i artystów. Schroniska dziś już nie ma, ale niewielka kamienna figurka przetrwała i z czasem stała się jednym z symboli czeskiego Králickiego Sněžníka.

Co stało się ze schroniskiem?

Po II wojnie światowej czasy świetności Schroniska księcia Liechtensteina zaczęły powoli odchodzić w przeszłość. Obiekt nadal przyjmował gości, jednak przez kolejne lata jego stan techniczny stopniowo się pogarszał. W latach 60. próbowano jeszcze znaleźć sposób na jego uratowanie, ale ostatecznie w 1968 roku, ze względu na zły stan budynku, schronisko zostało zamknięte.

Nie oznaczało to jednak natychmiastowego końca budynku. Przez kolejne lata opuszczone schronisko dalej niszczało i było plądrowane. Ostatecznie zdecydowano, że nie zostanie już uratowane, i w 1971 roku zostało rozebrane.

Na tym historia tego miejsca się jednak nie kończy. Po rozbiórce na zboczu pozostała ogromna ilość gruzu, który przeleżał tutaj aż pół wieku. Dopiero w 2021 roku przeprowadzono dużą akcję porządkową – z chronionego terenu usunięto około 400 ton materiału, w tym eternit zawierający azbest. Ze względu na położenie dawnego schroniska część gruzu transportowano przy pomocy śmigłowca, a z zachowanych kamieni odtworzono zarys dawnej podmurówki.

Dzisiaj po dawnym górskim hotelu pozostał więc właściwie tylko zarys fundamentów. Patrząc na niego, naprawdę trudno sobie wyobrazić, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu stał tutaj spory budynek z pokojami, restauracją i miejscami noclegowymi, w którym spotykali się turyści, narciarze i artyści.

Ze Śnieżnika do Kletna – czas na powrót

Przyznam szczerze, że mimo słońca i mocnego wiatru warunki na szczycie Śnieżnika były tego dnia naprawdę przyjemne. Było na tyle ciepło, że wiatr zupełnie nie przeszkadzał – wręcz przeciwnie, przynosił przyjemne orzeźwienie i dawał trochę wytchnienia od letniego słońca. Do tego te widoki… aż nie chciało się schodzić.

W końcu jednak trzeba było pomyśleć o powrocie. Warto pamiętać, że planując wycieczkę na Śnieżnik z Kletna, trzeba zarezerwować odpowiednio dużo czasu również na zejście. Choć droga w dół jest oczywiście szybsza niż podejście, nadal mamy przed sobą kilka kilometrów, a na kamienistych fragmentach szlaku trzeba zachować ostrożność.

Na powrót do Kletna potrzebowałam około 3 godzin, oczywiście z krótkimi postojami po drodze. Warto mieć to na uwadze szczególnie wtedy, gdy – tak jak ja – nie ograniczacie się do wejścia na szczyt, ale planujecie również wieżę widokową, wizytę po czeskiej stronie czy odpoczynek przy schronisku. Na Śnieżniku czas mija zaskakująco szybko.

Latem długi dzień daje pod tym względem spory komfort, ale poza sezonem zdecydowanie warto pilnować godziny. Kamieniste gruzowisko, które pokonujemy podczas podejścia, trzeba później przejść również w dół, a po zmroku z pewnością nie jest to odcinek, na którym chciałabym się znaleźć.

Po zejściu poniżej schroniska ponownie pojawia się coraz więcej drzew i cienia, a wraz z utratą wysokości wracamy do znajomego już krajobrazu Doliny Kleśnicy. W końcu docieramy z powrotem w okolice Jaskini Niedźwiedziej, a stamtąd pozostaje już ostatni, znacznie łatwiejszy odcinek do parkingu w Kletnie.

Czy warto wejść na Śnieżnik z Kletna?

Trasa z Kletna na Śnieżnik bardzo mi się podobała, szczególnie że pozwoliła mi połączyć górską wędrówkę ze zwiedzaniem Jaskini Niedźwiedziej. Jeśli więc planujecie wizytę w jaskini, warto rozważyć przedłużenie wycieczki i ruszyć stamtąd dalej w kierunku Śnieżnika.

Nie jest to może trasa na krótki niedzielny spacer. Trzeba przygotować się na kilka godzin marszu, spore przewyższenie i bardziej kamieniste fragmenty szlaku. Z drugiej strony nie wymaga szczególnych umiejętności technicznych, a po drodze krajobraz cały czas się zmienia – od zacienionych leśnych odcinków, przez bardziej wymagające gruzowisko, aż po otwarte przestrzenie i coraz rozleglejsze górskie panoramy.

A kiedy już dotrzecie na szczyt, nie ograniczajcie się wyłącznie do wejścia na wieżę widokową. Warto przejść kawałek na czeską stronę, zobaczyć źródło Morawy, przywitać się ze Słonikiem i odnaleźć pozostałości dawnego Schroniska księcia Liechtensteina. To niewielkie przedłużenie wycieczki, a moim zdaniem bardzo ją urozmaica.

Czy zabrałabym tutaj naszego 5-latka? Na całą trasę w takim wariancie – jeszcze nie. Dla dzieci przyzwyczajonych do dłuższych górskich wędrówek Śnieżnik może być jednak ciekawym celem, szczególnie jeśli zaplanujecie odpowiednio dużo czasu na postoje.

A jeśli Śnieżnik jest jednym z kolejnych punktów na Waszej liście Korony Gór Polski, na blogu znajdziecie również inne pomysły na zdobywanie jej szczytów. Zajrzyjcie chociażby na Skalnik w Rudawach Janowickich, który warto połączyć z położoną tuż obok Ostrą Małą i jej świetnym punktem widokowym.

Mój plan na ten dzień udało się ostatecznie zrealizować z nawiązką. Wróciłam do Jaskini Niedźwiedziej po zdjęcia, których zabrakło mi podczas pierwszej wizyty, zdobyłam Śnieżnik, zajrzałam na czeską stronę i przy okazji uciekłam na niemal cały dzień od upału panującego we Wrocławiu. Trzy pieczenie na jednym ogniu – dokładnie tak, jak zapowiadałam na początku.

A sam Śnieżnik zapamiętam chyba przede wszystkim przez widoki i przyjemny wiatr na szczycie. Bo kiedy już tam dotarłam, naprawdę nie spieszyło mi się z powrotem na dół.

Twórzmy to miejsce razem

Postaw kawę

Jeśli ten artykuł pomógł Ci zaplanować podróż, odkryć nowe miejsce albo był po prostu chwilą inspiracji — możesz postawić mi wirtualną kawę. Coraz więcej czytelników wspiera to miejsce — będzie mi ogromnie miło, jeśli kiedyś zechcesz dorzucić swoją kawę. To drobny gest, dzięki któremu mogę nadal tworzyć przewodniki, trasy i miejsca warte drogi.

Stawiam kawę
To jednorazowe wsparcie — bez zobowiązań.
Zostańmy w kontakcie

Tylko miejsca warte drogi.

Spokojne inspiracje, mniej znane szlaki i miejsca, które naprawdę prowadzą w naturę.

Możemy być w kontakcie tak, jak Ci wygodnie.

Wolisz krótsze formy? Obserwuj na Facebooku →

Skomentuj

Spodoba Ci się także

Pomogłam Ci zaplanować podróż?

Jeśli moje treści pomogły Ci zaplanować podróż, odkryć nowe miejsce albo po prostu dobrze spędzić tu czas — możesz symbolicznie postawić mi kawę.
To drobny gest, który pomaga mi tworzyć kolejne przewodniki, testować szlaki i dzielić się miejscami wartymi zobaczenia 🤍

Nie prowadzę subskrypcji – to jednorazowe wsparcie.

Podróżujmy razem

Na Facebooku dzielę się miejscami, które naprawdę warto zobaczyć — bez tłumów, schematów i turystycznych pułapek.

Znajdziesz tam szybkie inspiracje, aktualne wskazówki i pomysły na kolejne wyjazdy.